„The Room” to historia Johnny’ego – kryształowo dobrego, hojnego, uczciwego bankiera z San Francisco, którego uporządkowane życie rozpada się, gdy narzeczona Lisa zaczyna romansować z jego najlepszym przyjacielem Markiem. W zamierzeniu miał to być poruszający dramat o miłości, zdradzie i ludzkim cierpieniu. W praktyce powstał jeden z najsłynniejszych filmów kultowych XXI wieku: antyarcydzieło kompletne, wzorcowy przykład kina tak złego, że aż dobrego, i filmowy fenomen, którego nie da się w pełni opowiedzieć komuś, kto nigdy nie zobaczył go z publicznością.
„The Room” bywa nazywany „Obywatelem Kane’em złych filmów” – i trudno o trafniejsze określenie. Są tu absurdalne dialogi, sceny, które urywają się bez powodu, wątki porzucane po kilku minutach, niezapomniane występy aktorskie, osobliwe decyzje montażowe, futbol w garniturach, niewytłumaczalne zdjęcia łyżeczek i emocje tak wielkie, że nie mieszczą się ani w scenariuszu, ani w ludzkiej logice. A jednak właśnie dzięki temu film Tommy’ego Wiseau stał się czymś więcej niż zwykłą katastrofą. Stał się rytuałem, wspólnotowym doświadczeniem i jednym z najważniejszych tytułów w historii kina klasy B.
Tommy Wiseau był przy „The Room” reżyserem, scenarzystą, producentem i odtwórcą głównej roli. W praktyce był także siłą napędową całego przedsięwzięcia, człowiekiem-instytucją i autorem jednej z najbardziej zagadkowych karier w historii niezależnego kina. Z budżetem szacowanym na 6 milionów dolarów, wielkimi ambicjami i niemal całkowicie osobną wizją tego, czym powinien być filmowy dramat, Wiseau stworzył dzieło, które wymyka się wszystkim standardowym kategoriom oceny.